Polish Translation of Breaking the Silence: A Story in Paintings
I recently translated (but forgot to post) a summary of my novel and passages of my translation of Breaking the Silence: A Story in Paintings into the Polish language.
Streszczenie Powieści:
Julianowi, poecie, gejowi w średnim wieku, właśnie zmarła matka, malarka. Opłakując jej śmierć, Julian porządkuje jej obrazy i wkracza w pełną słodyczy i goryczy przeszłość: małżeństwo rodziców przytłoczone wspomnieniami wojny i swój romantyczny związek z kochankiem, Romanem. Osadzone w realiach powojennej, komunistycznej Polski, wspomnienia związku Juliana rozwijają się pod wieloma względami podobnie do tych opisanych w nieśmiertelnej historii Romeo i Julii. Tak jak młodzi kochankowie Shakespeare’a, dwaj młodzi mężczyźni, zawsze spotykający się w tajemnicy, słyszą śpiew słowika w nocy i skowronka nad ranem. Ich historia odbiega jednak od tej należącej do kochanków z Werony pochodzących z wyższej sfery społecznej, gdyż miłość Romana i Juliana rozwija się w mniej wyrafinowanym otoczeniu: w parku miejskim, w ponurym mieszkaniu, w puszczy. Kiedy Julian odbywa podróż w rzeczywistość swojej młodości, stawia wyzwanie tyranii powojennej cenzury otaczającej i tłamszącej sztukę i związki gejowskie. Jego historia jest dowodem na siłę ludzkiego ducha, który potrafi przeżyć a nawet kwitnąć, w opresyjnym reżimie politycznym.
Fragment 1
Czy staliście kiedyś w ciszy tak, aby zaprowadziła was wprost do opowiadania? Nie? Proszę spróbować. Postójcie chwilę w absolutnej ciszy i posłuchajcie. Cisza to nie nicość. Cisza to przystań, która chroni uczucia i idee nie mające ujścia w mowie. Niewypowiedziane, wyrażane są w obrazach, w gestach, w mimice twarzy. Bez względu na to czy pozostają niewypowiedziane z powodu reżimów, które uzurpują sobie prawo do ich cenzury, czy też z powodu kultury i społeczeństwa, które zaprzecza ich istnieniu, one ciągle są-- czekają na dojrzalszy czas, na moment, w którym będą mogły się ujawnić.
A kiedy już się ujawnią, stają się materiałem najbardziej przejmujących opowiadań: historii o odwadze i nadziei, historii o przeżyciu pomimo złych rokowań, historii zmierzenia się z tabu, historii o rozwoju osobistym i lepszym zrozumieniu świata. Jedna z takich historii, która zawiera wszystkie wyżej wymienione wątki, rozwija się przed wami, czytelnicy, na następnych stronach.
Z początku nie usłyszycie nic. A po chwili, powoli, rozpoznacie dźwięk spadającej szyszki z pobliskiego drzewa, śpiew ptaków nad głowami, szybkie kroki przechodzące tuż obok was. Chwilę później słyszycie otwieranie zamka w drzwiach. Przykuci do ziemi i obserwujący z pewnej odległości, instynktownie śledzicie oczyma właściciela kroków, kiedy on szybko przechodzi przez próg. Mrugacie, gdy zapala się światło wypływające z okna. Potem jesteście już sam na sam z historią mężczyzny, który właśnie wszedł i który porządnie zamknął za sobą drzwi tak jakby chciał się upewnić, że on jak i jego historia zostaną niewidzialne dla was jak również dla świata pozostawionego za drzwiami.
Stoicie w ciszy przez chwilę, w nadziei, że biało-otynkowane ściany domu zamienią się w papier, i że usłyszycie każde słowo wypowiedziane przez mężczyznę. Słuchacie bardzo uważnie, ale nic, nawet najcichsze westchnienie, najdrobniejsza oznaka życia nie dochodzi z wnętrza domu. Rozpatrujecie możliwości— co on teraz może robić? Kiedy przechodził, patrzyliście trochę przed siebie a trochę na buty mężczyzny na pokrytym liśćmi chodniku. Nie możecie więc pamiętać czy był smutny, wesoły, pogrążony w depresji czy też w myślach. Nie spojrzeliście nawet na jego ręce, aby sprawdzić czy nosi obrączkę.
Co wam pozostaje? Znowu rozważacie możliwości, te bardziej i mniej prawdopodobne i nie poddając się ponieść wyobraźni, decydujecie się podejść bliżej do domu. Za chwilę będzie zupełnie ciemno, więc nikt was nie zauważy. Tak, za wszelką cenę nie możecie być zauważeni, bo to zmieniłoby bieg historii, której chcecie być światkami a nie współtwórcami wpływającymi na jej dalszy ciąg. Idziecie więc powoli, ostrożnie, w stronę białego domku. Kierujecie kroki w stronę ściany nieoświetlonej przez latarnię. Powoli zagłębiacie się w ciemno-zielone, szare i purpurowe barwy wieczornego ogrodu. Czujecie jak wysoka trawa muska was po dłoniach. Wasze ciemne sylwetki poruszają się bezustannie, rytmicznie, jakby tańczyły w barwach, w światłach wieczoru. Tańczyły, dopóki nie upadną— to przez gałąź leżącą na waszej zaimprowizowanej scenie. Odruchowo wydajecie okrzyk potykając się i wpadając głęboko w odcienie czerni tuż przy powierzchni ziemi. Znikacie z widoku kiedy otwiera się okno. Wstrzymujecie oddech.
W oknie widzicie cień przypominający twarz. Jest jednak zbyt ciemno abyście zauważyli jej wyraz lub rysy. Z waszej pozycji, na ziemi, widzicie jedynie kształt twarzy poruszający się na prawo i lewo. Słyszycie cichy pomruk, coś co brzmi jak „wiatr” i dźwięk zasuwanego okna. Leżąc w ciemności i ciszy, możecie teraz puścić wodze wyobraźni w tworzeniu historii o kimś kto właśnie zamknął okno w wietrzny wieczór wczesną wiosną.
Rozdział 1: Miłość od Pierwszego Wejrzenia
„To pewnie wiatr,” Mruczę pod nosem i zamykam okno. Przysiągłbym, że słyszałem trzask połamanych gałęzi, jakby ktoś chodził wokół domu ostrożnymi, powolnymi krokami. Ale już jest zupełnie cicho.
Fragment 2
Dom należał do moich rodziców. Mój ojciec, Karol, zmarł ponad dziesięć lat temu, a mama dwadzieścia dwa dni temu, na zawał serca. Jej śmierć była tak niespodziewana, tak bezceremonialna, że nadal trudno mi uwierzyć w to, że już nie żyje. Kiedy wróciłem ze spaceru i znalazłem ją martwą, zauważyłem, że właśnie zrobiła sobie herbatę (filiżanka była jeszcze ciepła, kiedy ją dotknąłem), w telewizji pokazywano właśnie jej ulubiony program o sztuce wizualnej (musiała go oglądać, zanim zmarła), i lista zakupów leżała na szafce kuchennej (musiała ją skomponować w trakcie programu lub na krótko przed jego rozpoczęciem, bo nie dała mi jej rano). W moim umyśle, takie zwykłe zajęcia zawsze były oznakami życia, oznakami że ktoś, moja mama, zamierzała żyć, przyczepić się do życia z całej siły, bez względu na okoliczności: bóle jej starzejącego się ciała, czy też wieloletnie, niespełnione oczekiwania ze strony jej męża i syna.
Teraz obraz przeklętego programu o sztuce i filiżanka niedopitej herbaty to oznaki śmierci, zamrożone na zawsze w mojej pamięci, odciśnięte bezpowrotnie na bolącym sercu, które nadal szlocha w smutku żałoby. Nie znajduję pocieszenia w tym, że śmierć może nadejść z nieodpartą siłą, drapieżnie, w momencie, kiedy jest najmniej oczekiwana— każdy to wie. Jest przecież opisana w powieściach, opowiadana przez przyjaciół i sąsiadów. Jednak kiedy wpycha się w moje najbliższe środowisko, odczuwam ją inaczej, bardziej doraźnie. Niespodziewana śmierć boli tak samo jak poparzone do kości mięso, rana na delikatnym ciele człowieka wypalona przez nagły, nieokiełznany płomień.
Mimo tego wszystkiego, co wiem, nadal dopuszczam myśl, że moja kochana mama zrobiła mi psikusa i że gdy będę przeglądał jej malowidła, wróci i dokończy pić herbatę siedząc przed wielkim, kuchennym oknem, przed którym tak lubiła siadywać i wpatrywać się w życie małej uliczki i frontowego ogródka. A może szpital wziął ją za inną osobę i to ktoś inny miał zawał serca i zmarł, podczas gdy ona miała zawał, wyleczono ją i wysłano pod zły adres, do innego domu? Czy w takiej sytuacji nie byłaby na mnie zła, że traktuję ją jak osobę zmarłą?
Ta myśl hamuje moje zamiary i sprawia, że czuję się winny przeglądając rzeczy w jej studio. Wiem przecież jak bardzo ceniła swoje obrazy. Nie pokazywała ich nikomu poza rodziną i kilkoma przyjaciółmi, którym ufała. Nie szukała sławy; malowała, aby wyrazić uczucia lub odczucia, jakie wywarli na niej ludzie. Bardzo ceniła sobie też obrazy, które nazywała scenami domowymi, gdzie to ona, jej mąż i ja, jej syn, byliśmy na pierwszym planie. Malowała życie rodzinne na jego rożnych zakrętach i rozdrożach, aby uchwycić emocję towarzyszącą takim chwilom. Mama przedstawiała nasze życie tak jakby to robił ludzki aparat fotograficzny; jej pędzle malowały pod takim kątem, żeby podkreślić czyjś uśmiech lub grymas. W pewnej serii obrazów przedstawiła dezintegrującą się atmosferę w domu, gdzie pociągnięcia pędzla nie były większe od delikatnych kropek, tak delikatnych jak ona i świat wokół niej. Właśnie dlatego, ze jej obrazy są wyrazem tak osobistych doznań, wpatrywanie się w nie jest w pewnym sensie bardziej osobistą sprawą niż układanie jej majtek.
Niechętnie biorę espresso i wychodzę z kuchni, nie wyłączając światła (nie mam zamiaru być prześladowany przez wspomnienia strachu w ciemności), przechodzę przez korytarz, mijam salon i wchodzę do studia, gdzie trzymała większość swoich obrazów. W ten sposób chroniła je przed niechcianymi odbiorcami sztuki, którzy byli wprowadzeni do salonu i nie mieli pojęcia, że studio pełne obrazów znajduje się w pokoju obok. Powietrze w salonie przepełnione było czasem farbami olejnymi lub terpentyną i aby wytłumaczyć skąd pochodzą takie zapachy, zawsze wybierała jedno z wielu wyjaśnień, wymyślonych przez lata. Czasem drzwi od łazienki były akurat pomalowane (to wyjaśnienie było dla ludzi, którzy nie potrafili odróżnić zapachu farby olejnej od jakiejkolwiek innej). Czasami mówiła gościom, że okna były tak brudne, że musiały być wyczyszczone specjalnym płynem, który pachniał jak terpentyna. Niewiele osób wiedziało, że okna i drzwi były na szarym końcu listy jej trosk i że ona sama często zadawała sobie pytanie, czy jest lepszą żoną czy malarką. Podczas kłótni z Karolem, jej mężem, wiedziała, że jest lepszą malarką; podczas gdy jej kreatywność była wzmożona, była przekonana, że to rolę żony wypełnia lepiej.
Fragment 3
Obecnie, z dystansu czasu, obrazy wydają się mniejsze jeśli chodzi o rozmiar, ale nabrały większego znaczenia i stały się dla mnie cenniejsze. Biorę jeden z nich i dotykam jego powierzchnię. Tyle wspomnień, tyle wydarzeń dzieli czas, kiedy ten obraz został namalowany do teraźniejszości. Promieniuje z niego twarz Anny— miała wtedy 20 lat, w 1939 roku. Ubrana jest w prostą różową sukienkę i słomiany kapelusz, ubranie niestosowne do jej klasy społecznej i wychowania. Ale że poświęcała o wiele więcej godzin na malowanie niż na przyjęcia, ignorowała życzenie mamy i ciotek, aby ubierała się bardziej stosownie. „Strasznie niewygodnie maluje się w szerokiej, plisowanej spódnicy lub w falbaniastej sukience,” wyjaśniała . „Więcej czasu zajęłoby mi uważanie, żeby farbami nie poplamić sukienki, niż samo malowanie.”
Naturalnie, takie rozumowanie nie przekonywało żeńskiej strony rodziny. „Powinnaś więcej wychodzić, musisz przecież pomyśleć o swojej przyszłości, musisz znaleźć odpowiedniego męża,” świergotały jej nad głową. „Odpowiedni mąż” stało się ich mantrą, którą wyśpiewywały prawie każdego dnia, gdy malowała i odmawiała im pomocy w kuchni lub pójścia na przyjęcie, gdzie młode panie i panowie mieli zabawiać się flirtem i wziąć ślub dość szybko; tak szybko, żeby przekonać wszystkich, że nieposkromiona miłość wybuchła między nimi i musieli się pobrać.
Jakoś, może z pomocą energii mantry, Anna znalazła odpowiedniego męża, „odpowiedniego” przynajmniej w oczach rodziny, a to już było wielkie osiągnięcie. Na obrazie, w który się wpatruję, ubrana jest w swoją różową sukienkę i dzieli lampkę białego wina z Karolem, wtedy nazywanym Carlo, za którego miała wyjść za mąż dwa dni później. Młodzi kochankowie siedzą na aksamitnych, czerwonych poduszkach porozrzucanych po drewnianej podłodze jej studia. Wielki wazon z jasno-różowymi różami (o prawie takim samym odcieniu jak jej sukienka) stoi za nimi, również na podłodze. Kwiaty i wino to prezenty od Carlo, który właśnie wrócił z Włoch po to, żeby wziąć ślub.
„To było wyśmienite włoskie wino,” mama opowiadała mi wiele razy, kiedy przeglądaliśmy obrazy. „Nie znałam się wtedy zbyt dobrze na winach więc zawsze prosiłam Carlo, żeby mi doradził wyboru. W końcu uczył się zawodu szefa restauracji we Włoszech, więc nawet nie ośmieliłabym się z nim konkurować w kwestii znajomości win. Tak, ono było przepyszne. Jak na wytrawne wino, miało w sobie dość słodyczy i było lekkie. Wiele czasu upłynęło, zanim miałam okazję pić takie wino jak tamtego popołudnia. Był styczeń, ale pewnie przez tak wielką ilości róż, czułam się tak, jakby to była wiosna. A może byłam tak szczęśliwa, że pora roku zupełnie nie miała znaczenia. Wiedziałam, że już niedługo będę codziennie spędzała czas z Carlem. Musiał tylko wyjechać na krótko do Włoch w lutym a potem mieliśmy osiedlić się tu w Warszawie na stałe i otworzyć restaurację. Jego ojciec pomagał mu przy renowacji lokalu, więc Carlo mógł zacząć pracę już w marcu. To brzmiało tak magicznie, bo moje życie nagle zupełnie się zmieniło; tak bardzo różniło się od życia w domu. Nagle skończyło się świergolenie, wypychanie na przyjęcia, wytykanie co „powinnaś zrobić” a czego „nie powinnaś zrobić.” Byłam oczarowana!”
„Czasem,” kontynuowała Anna z przymkniętymi oczami, nie troszcząc się czy nadal jej słucham, „przed ślubem, zadawałam sobie pytanie, co lub kogo kocham bardziej: Carlo z jego czarującym uśmiechem, inteligencją, winem i różami, czy raczej wolność, którą mi oferował. Ale nawet jeśli ciemne chmury rzucały cień wątpliwości co do Carlo, ja je po prostu odganiałam, tak jak byś odganiał muchę brzęczącą nad uchem,” żartowała. „Mówiłam sobie wtedy, że nic nie może być gorsze od bycia wplątaną w pajęczą sieć rodziny, chociaż miałam tak mało doświadczenia mieszkania poza nią. Moja wyobraźnia nie wybiegała więc poza sprzeczki spowodowane nudą, niekomplikowaną naturę niektórych członków rodziny, ich zamiłowanie do plotkowania i intryg oraz ich nieustanne dążenie do aprobaty przez głowę rodziny, mojego ojca, hrabię, i moją matkę, hrabinę.”
Fragment 4
Związek moich rodziców ciąży na moich związkach z partnerami, uświadamiam sobie, zamykając wiklinowy pojemnik. Przechadzam się przez studio i śledzę wymyślny szlaczek, jaki zostawiają na zasłonach promienie zachodzącego słońca. Znam na pamięć swój szlak, który śledzę z największą precyzją: zakocham się, będę zadowolony z bycia w związku, zakończę go kiedy tylko stanie się zbyt poważny i obiecam sobie, że następnym razem nie będę tak głupi. Obiecam sobie, że następnym razem będę żył w związku zamiast go idealizował, tak jak jest on idealizowany w poezji, która staje się moją ucieczką zaraz przed Lub po rozstaniu.
Ponieważ nigdy nie byłem w stanie zboczyć z mojego wytyczonego szlaku, w końcu zacząłem go usprawiedliwiać. To dla poezji, stwierdzałem, muszę doświadczyć uniesienia pierwszych miłości i dramatycznych rozstań. Moi czytelnicy są pobłażliwi co do mojego zachowania. W gruncie rzeczy, większa część mojej kobiecej publiczności sekretnie życzy sobie być następną w kolejce, następna muzą, muzą wielkiego poety, a ich miłość, nawet jeśli trwa tylko przez chwilę, byłaby uwieczniona na stronnicach zmysłowej poezji .
Aktualnie mój szlak jest już tak dobrze ugruntowany, że uważam go nie tylko za część mojego wychowania, ale część mojego ciała. Nawet jeśli nie jest to wzorowa postawa, szczególnie nie w komunistycznym i postkomunistycznym społeczeństwie, które bardzo zachęca do wyznawania tak zwanych wartości rodzinnych i propaguje mit stabilnej i szczęśliwej rodziny, jej zmiana kojarzy mi się z utratą nogi, albo gorzej, z utratą umysłu, indywidualnej i niezamiennej części, która mnie tworzy.
I śmieję się po zerwaniu związku. Śmieję się z mojego frywolnego charakteru i ze swojego image, który powielam: Julian Kwiatkowski, poeta, poszukiwacz przyjemności i muz. Wyobrażam sobie, że stoję przed wielkim lustrem, które zniekształca ciało, okropnie je pogrubiając lub zniżając. Tak jak oczyma wyobraźni widzę swoje ciało zniekształcone przez lustro, tak moja publiczność gotowa jest przyjąć zniekształcone odbicie tego, kim jestem. Zawsze wyobrażają sobie, że wyszukuję sobie muz: dziewcząt, dziewic, nieszczęśliwe w małżeństwie kobiety, podczas gdy moje prawdziwe ja zawsze było zainteresowane tylko i wyłącznie mężczyznami.
Moi heteroseksualni znajomi, którzy znają mnie od lat, nigdy nie traktowali na poważnie moich związków. Nie poznali rodziców i ich historii i po prostu zakładają sobie, że wiem, jak się dobrze bawić. Nie uważają, że związki z moimi kochankami są tak głębokie jak ich, bez względu na to jak krótkotrwałe mogą być. Od wieków, książęta ocalali i żenili się z księżniczkami (czasami role były odwrócone), ale przecież nigdy nie słyszeli o młodym i przystojnym księciu, któryby ocalił i ożenił się z drugim młodym i przystojnym księciem. Lub o królowej zakochującej się i biorącej ślub z królową. „Królowa ma brać ślub z królową?” podśmiechują się, „Tak się nigdy nie dzieje w bajkach. Dlaczego młoda i piękna dziewczyna miałaby poślubić drugą piękną dziewczynę, swoje lustrzane odbicie? To zbyt narcystyczne! To zaprzecza ludowej mądrości bajek, przekazywanej z pokolenia na pokolenie,” kończą wiedząco.
Zatrzymując wzrok na zasłonie, zauważam zmiany w szlaczku, namalowanym przez odwracające się od okna słońce. Wcześniej wyglądał jak wiązka małych plamek przesuwających się na zasłonach po przekątnej. Teraz plamy staja się większe i ich zarysy silniejsze-- wynik zabawy słońca z cieniami. Szlaczki, bez względu no to jak wyryte na stałe w zasłonę mogę się wydawać, zmieniają się. Bez względu na strach przed związkami i na image, jaki tworzy sobie o mnie publiczność i znajomi, jestem zdeterminowany, żeby w końcu zmienić mój przeklety szlak. Myślę, że znam go na tyle dobrze, że mogę się z nim zmierzyć, zamiast go śledzić dobrze wydeptaną ścieżką. Nawet bajki opowiadane i powtarzane przez pokolenia nie trzymają się swoich oryginalnych wersji; ich różne wersje są przekształcane tak, aby odzwierciedlały wartości współczesnej publiczności, gdzieś o tym przeczytałem. Nie pamiętam gdzie, ale pamiętam na przykład, że w najbardziej znanej wersji, Kopciuszek czekał rozpaczliwie na pomoc swojej zmarłej mamy, aby dopomogła jej dostać się na bal i w koncu pobrać się ze swoim czarującym księciem. Wcześniejsza inkarnacja Kopciuszka była mądrzejsza i odważniejsza: to ona pomagała innym i postawiła księciu warunki zanim zgodziła się go poślubić.
Fragment 5
Nasza wspólna historia wydawała się dość nieskomplikowana dwa miesiące temu, kiedy spotkaliśmy się na moim wieczorku poetyckim w lokalnej księgarni. Dla mnie miał to być tylko jeden z wielu takich wieczorów, do których jestem zobligowany, kiedy wychodzi mój nowy tomik poezji. Tym razem, był to „Porażony piorunem,” w skład którego wchodziły moje refleksje na temat zakochiwania się od pierwszego wejrzenia (porównany w książce do porażenia piorunem), bycia w burzliwym związku (nie potrzeba tu żadnych metafor), i nagłego zerwania (gdzie silny wiatr wywiewa kochanków w przeciwne strony świata, z odnośnikami do „Przeminęło z Wiatrem”). Byłem szczęśliwy, że pozostawiłem ową opisaną historię miłosną za sobą i że wydano moje wiersze. Recenzje wypełnione były pochwałami, co oznaczało, że książka będzie się dość dobrze sprzedawać.
Kiedy szedłem do księgarni, miałem przymknięte oczy. Znałem drogę tak dobrze, że trafiłbym tam chyba nawet z zasłoniętymi oczami. Z powiekami, które łagodnie ochraniały mnie przed zgiełkiem wczesno-wieczornych ulic, myślałem o swojej książce i zastanawiałem się, ile jeszcze razy będę musiał być porażony piorunem zanim znajdę swojego towarzysza życia, jeśli kiedykolwiek ktoś taki istniał. „Może to też jest tylko mit, który ludzie podtrzymują,” mruknąłem pod nosem.
Byłem zmuszony zmienić tok myślenia kiedy poczułem zapach papieru, jego stosy; właśnie wszedłem do księgarni. Otworzyłem oczy i uśmiechnąłem się do managera księgarni, który czekał już, żeby mnie powitać. Za chwilę rozpocznie się czytanie i mała grupka ludzi zajęła już miejsca na krzesłach. Ich oczekiwanie i woń papieru wymieszały się z dusznym powietrzem i poczułem zastrzyk adrenaliny, radość, którą zawsze odczuwam tuż przed czytaniem. Wybuchałem już radosną energią, gotów do przeczytania mojej poezji na głos, gotów do rozpryskania fontanny słów w powietrzu i do patrzenia, kątem oka, jak te słowa spadają na publiczność, jak prowokują u nich śmiech, płacz, refleksje nad życiem, miłością lub jej brakiem.

